W ciągu ostatnich miesięcy zaszło w moim życiu kilka ważnych zmian, które choć pozytywne i długo wyczekiwane, spowodowały, że na dłuższy czas (z przyjemną zachłannością) osiadłam w jednym miejscu. Jedynie tak mogę wytłumaczyć ponad 7-miesięczny brak najmniejszej aktywności na tym blogu. Bo bez podróżowania nie ma u mnie pisania. A przynajmniej pisania o podróżowaniu. Przez cały ten czas tęskniłam jednak za moim jeszczedalejem, zacisznym azylem bloga i zrozumiałam, że jest on bardziej mój niż moja własna piżama. I tak leżakował całą zimę - mój, ale porzucony. Podchodziłam nawet kilka razy do napisania czegoś, czegokolwiek, żeby chociaż udawać, że coś się tu dzieje, oszukać. Z marnym skutkiem. Bez podróżowania nie ma pisania. Nie ma pisania o podróżowaniu
.
fot. Guilherme Jófili
Burze, hossy i bessy, skoki w dorosłość i ucieczki w zdziecinnienie, huragany i zawieruchy życiowe powoli cichną. Nastał czas harmonii i planowania. Planowania dalszego podróżowania. Dokąd? Jeszcze dalej…
Tym samym mogę śmiało wrócić do pisania. Pisania o podróżowaniu.
Festung Breslau
Fot. ospalh
Ostatnie miesiące biegły mi w trybie osiadłym, koczowniczym. Dni wyznaczały codzienne wędrówki między wyspą, przy której położone jest moje miejsce pracy, a ciągle nowymi, różnymi miejscami mojego tymczasowego zamieszkania. Migrowałam więc w mikroskali, wewnątrz Wrocławia. Zimą wędrówka zakończyła się na poddaszu starej, poniemieckiej willi, dawnej Apotheke, położonej w dzielnicy, która ma kształt dwugłowej wrony. Przed domem stoi jeszcze zardzewiały maszt (na flagę?), a przy drzwiach na ścianie ganku przyklejona jest ceramiczna płytka z napisem „Cave canem” i namalowanym śmiesznym psem, szczerzącym kły. Kiedyś musiało tu być też metalowe koło do wiązania psów klientów apteki…
Karkonosze, Tatry…
Poza zadomawianiem się we Wrocławiu, kilka razy wybraliśmy się w góry. Jesienią w Karkonosze. Pierwszy wspólny wypad na weekend. Zaczęliśmy w pięknym słońcu w Szklarskiej Porębie.
Weszliśmy na Szrenicę, potem szlakiem czeskim do schroniska Odrodzenie. To była najdłuższa i najcięższa trasa, jaką zdarzyło mi się pokonać.
Cztery, a może sześć godzin marszu grzebietami gór, wąską ścieżką. Dwie pierwsze były bajkowe i słoneczne. Reszta drogi już nie.
Prędkość i siła wiatru zwalały z nóg. Wszędzie unosił się zimny śnieg.
Szliśmy prawie nic nie widząc, ja w adidasach i dżinsach, trzymałam się kurczowo kurtki przede mną.
Co jakiś czas popijaliśmy żołądkową z piersiówki. Około 18, kiedy już zmierzchało, wdrapaliśmy się na górę i weszliśmy do Odrodzenia. To był najlepszy bigos w życiu. Spiliśmy się grzanym winem i piwem. W nocy słychać było przez okno głośne wycie wiatru. To było jak powrót do brzucha mamy – przynajmniej tak to sobie wtedy wyobrażałam.
Późnym latem były Tatry, tak na dwie parki. Było spacerowo, rekreacyjnie, konsumpcyjnie, wygodnie i romantycznie.
Potem znów Karkonosze. Tym razem latem. Sami.
Twierdza Srebrna Góra
W ostatnim miesiącu pojechaliśmy na spontanie do Srebrnej Góry, obsypanej śniegiem. Miasto mnie zaczarowało. Dosłownie. Jest puste i ciche, trochę odrętwiałe. Trochę zamarłe. Chyba za bardzo zapomniane. Turysta rządny rozbudowanej bazy hotelowej, gastronomicznej i wypasionych stoków będzie rozczarowany. Ale znajdzie tu spokój. Z rzadka napotka kilku innych turystów, którzy, tak jak on, chcieli nieco dogłębniej zbadać pobliskie tereny. Miejscowi nie będą sobie nim za bardzo zaprzątać głowy.
W twierdzy Srebrna Góra napotka na siedzących w samotności, pijących herbatę przewodników ze Stowarzyszenia Twierdzy Srebrna Góra. Przewodnik w pruskim mundurze, siedzi tam i kupuje na allegro kosiarkę, częstuje darmową herbatą. Spokojnie zaprosi do stołu i powie, żeby poczekać jakieś pół godziny, że ludzie się zejdą. Po 20 minutach nieoczekiwanie jesteśmy już 15-osobową grupą turystyczną. Chodzimy po katakumbach, słuchamy z zaciekawieniem, jak mówi o jedynej niezdobytej przez bezczelnego Napoleona Twierdzy. Każdy myśli sobie: „jakie to ciężkie życie mieli ci żołnierze, niesamowite”. Zdjęcia jak zwykle mi nie wychodzą.
Widać jakiś smutek na twarzy przewodnika, słychać go w jego głosie, ale słychać i pasję do tego miejsca. Odratowali je i odkopali z gruzów własnym wysiłkiem. Z pieniędzy ze zwiedzania nie dostają nic. Proszą, żeby kupić od nich kartki i makiety twierdzy – 10- 20 zł. Wszyscy kupujemy.
Plany na ten rok? Znów Bałkany. Tym razem festiwal w Gucy, Macedonia, być może Albania. Będzie o tym tutaj.
Poczytaj również:
Tags: Karkonosze, Polska, Tatry, Wrocław








